o soplach
i magii bezczasu
Najdziwniejszy widok: grube, lśniące sople. Porządne. Dłuższe od mojej dłoni. Nie pamiętam, kiedy ostatnio takie w Warszawie widziałam. Mało by brakowało, a przeszłabym obok nich obojętnie, nieświadoma, zbyt skupiona na przepychaniu wózka przez zaśnieżony chodnik. Na szczęście córka była czujna. Zaczęła machać i wołać: “patrz, jakie wielkie! Mama, co to?” Przez trzy lata swojego życia, nigdy wcześniej takich dużych sopli w mieście nie spotkała.
Przystanęłyśmy więc i przez kilka minut gapiłyśmy się obie jak urzeczone. Potem, już w cieple piekarni, upewniła się dwa razy, że wrócimy tą samą trasą i znów popatrzymy na ten noworoczny prezent.
Ot, zwykły sopel. Ale mrugnij raz jeszcze, albo chwilę nie mrugaj, popatrz dłużej, uparcie, w poprzek własnych nawyków, aż dostrzeżesz coś więcej: ruch zaklęty w miejscu. Magię bezczasu. Architekturę wody. Zapas na wiosnę. Inżynierię przetrwania. Sztukę gospodarowania przestrzeni, którą ludzie spisali na straty.
I Wam i nam życzę jak najwięcej takich zachwytów w tym ledwo napoczętym roku.
Rozglądajmy się!



