o przednówku
i najdłuższym lutym
1.
Piszę tekst o przednówku, więc czytam o strachu i głodzie.
W ujęciu historycznym (“Chodził od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka, a dzieci zgłodniałe wyglądały tymczasem ojca, jak zbawienia. Ten nareszcie po długiej wędrówce powracał, bywało jednak, że wobec zbiedzonej głodem rodziny rzucał na stół pieniądze, bo zboża nigdzie nie dało się kupić. Wtenczas wszyscy domownicy uderzali w płacz, jak na organach. Ludzie na przednówku żywili się perzem i różnymi chwastami, a dziś nie mamy już nawet wyobrażenia o tych dawnych przednówkach i klęskach głodowych”).
Współczesnym (“Nigdzie na świecie ludzie nie doświadczają głodu na taką skalę. Poważny, nasilający się kryzys ogarnia Sudan – obecnie jedyne miejsce na świecie, w którym ONZ ogłosiło głód w kilku lokalizacjach.”)
Futurologicznym (“do 2100 roku w skutek konfliktów i nierówności ponad 1,1 miliarda ludzi — w tym ponad 600 milionów dzieci, głównie w Afryce i Azji — może być narażone na ubóstwo żywnościowe.”)
Intymnym (“Pamiętam, że nieustannie chodziłam do sąsiadów pożyczyć szklankę cukru, szklankę mąki, szklankę kaszy jęczmiennej. Do dziś nie jestem w stanie jej tknąć. Smakuje wstydem i biedą. Zorientowałam się, że niedaleko domu są ogródki działkowe, brałam plecak i jeździłam tam na rowerku zbierać owoce. Agrest, jabłka, porzeczki, mirabelki. Tym się żywiłam. Bardzo lubiłam też smak kwiatu akacji.”)
Większość moich tekstów od tego się właśnie zaczyna: od czytania o upadku świata i od bezsilności.
Dopiero w drugim odruchu, niepewnie, zaczynam szukać nadziei.
2.
Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę bać się pisania. Tak jak prawdopodobnie nigdy nie przestanę bać się latania. Ilekroć wsiadam do samolotu - ilekroć otwieram nowy dokument - od razu dostaję dreszczy. Pocę się i spinam. Nieważne ile podróży odbyłam. Ile tekstów napisałam. Przed startem zawsze oczami wyobraźni widzę katastrofę. I naprawdę w nią wierzę. Naprawdę się na nią nastawiam. Jej obraz towarzyszy mi nawet, gdy już wyląduję.
Być może to jedna z moich największych warsztatowych tajemnic: nie piszę pomimo lęku, tylko razem z nim.
3.
Im dłużej zastanawiam się nad drugą książką, tym mocniej dręczy mnie pytanie, które postawiłam pod koniec “Sztuki przetrwania”, tylko po to, żeby zaraz od niego uciec: Co dalej? Co dalej ze światem? Z tym rokiem? Z moim pisaniem? Czy zebrałam dość strzępków, żeby utkać kolejną opowieść? Czy nie zabraknie mi odwagi? Czy nie przeszarżuję?
Pochłaniam cudze książki, zasiewam w sobie słowa. Podlewam je faktami. Nie wiem, czy dadzą plony.
Gdybym mogła cofnąć się w czasie i dać samej sobie radę, powiedziałabym jej: pisanie, podobnie jak przyroda, żyje swoimi cyklami. Nie martw się więc, jeśli znów brakuje ci słów. To przyszedł przednówek. Pora, jak każda inna.
(Nie powiedziałabym jej za to: rachunki za żywność i prąd same się nie zapłacą. Plaga czy susza, będziesz stawiać słowa. Nie chciałabym jej wystraszyć. A poza tym i tak pewnie by mi nie uwierzyła).
4.
Drugi miesiąc roku, trzecia przedszkolna infekcja. Co rano powtarzam sobie, że luty to nie czas, żeby zaczynać nowe.
Za Zosią Zaleską i jej “Zaniechaniem” zastanawiam się, czy nadzieja musi płynąć wyłącznie z działania?
5.
Tak, wiem. Nie tak sobie ten post - ten świat - wyobrażałyśmy. Ale czasem spotkanie z rezygnacją także przynosi ulgę. Podobnie jak świadomość, że nie jest się jedyną, która akurat wątpi, nie dowozi, nie ogarnia i nie może.
6.
Między dawkami antybiotyku, siedzimy z synem i obserwujemy przez okno sikorki, które gromadzą się wokół rozsypanych na balkonie ziaren. Zaczyna się zawsze tak samo. Najpierw świst. Potem trzepot skrzydeł. Czarne, rozedrgane łebki. Uważne oczy. Małe dzioby. Żółte, napuszone brzuszki. Siemię. Słonecznik. Potem znowu siemię.
Wzdychamy, zachwyceni - cicho, żeby ich nie spłoszyć.
Przednówek to dobra lekcja zależności, kruchości, wdzięczności oraz troski.
7.
Zapisuję się do OTOPu. Dostaję legitymację i kwartalnik, który czytam dzieciom. Gdy chcę to udokumentować, kot od razu włazi mi w kadr.
8.
Luty - najkrótszy i najdłuższy miesiąc w roku. Powtarzam sobie: nie potrzeba wiele.



